„Od początku świata” – można by tak poetycko rozpocząć – jak tylko człowiek rozpoznał naturę Czasu, chciał wiedzieć, co będzie. Z troski i niepokoju zrodził się kulturowy fenomen, obecny w rozmaitych formach we wszystkich zakątkach świata, a polegający na próbach odczytywania przyszłości. Oczywiście nigdy już nie dowiemy się kto „wynalazł” wróżbiarstwo, jaka była pierwsza technika wróżenia i jakich aspektów życia dotyczyła. Niewykluczone, że pierwsze „znaki”, które człowiek interpretował wedle nieznanego nam klucza próbowano porządkować już w epoce paleolitu, w społecznościach myśliwskich, a jakiś rodzaj ewentualnych praprzepowiedni dotyczył zwierzyny, od której wszak zależało życie wspólnoty; najpewniej zaś pierwszymi tropiącymi znaki, zarówno te faktycznie przez zwierzęta pozostawiane, jak i te odszyfrowywane z porządku pozamaterialnego, byli ludzie, których dziś określamy mianem szamanów.

Szaman z akcesoriami swej sztuki. Muzeum etnograficzne w Poznaniu. Fot. własna

Wiele musiało zmienić się od tego czasu i okres, od którego począwszy, możemy z większą pewnością oprzeć się na badaniach archeologicznych i tekstach pozostawionych przez naszych przodków, to czas najstarszych rolniczych kultur bliskowschodnich. Wtedy już mamy do czynienia z dość rozbudowaną „metodyką” przepowiadania przyszłości.

Aby wprowadzić trochę porządku w tę delikatną materię, dokonamy ogólnego podziału „źródeł”, z których – jak wierzono – pochodziła wiedza o mających nastąpić wydarzeniach. Jednym z takich źródeł był… po prostu i tylko człowiek! Wieszczący w natchnieniu, w boskim uniesieniu, mający zdolność – jak byśmy to dziś powiedzieli: jasnowidzenia albo jasnosłyszenia. Medium, mające dostęp do ponadmaterialnych warstw bytu i stąd czerpiące swą wiedzę. Bywało, że wieszczący „pomagał” sobie posługując się w celu osiągnięcia „innego stanu świadomości” substancjami zawierającymi narkotyk, wprowadzającymi w rodzaj transu.

Drugim „źródłem” były przeróżne techniki wróżbiarskie, wypracowywane przez lata, zapożyczane od siebie nawzajem przez ludy z różnych krain. Wykorzystywano różnorodne „obiekty”, wspomagające wieszcze natchnienie lub wskazujące na ukryty porządek, który tylko wróż czy kapłan prawidłowo umiał odczytać. W tej grupie będą mieścić się rozmaite gry losowe, karty, a także – choć to nieco inna materia – takie techniki wróżbiarskie jak wróżenie ze zwierzęcych wnętrzności, z lotu ptaka, a nawet z ludzkiej dłoni (chiromancja). Łączy je wszystkie to, że proces odczytywania znaczeń odbywał się dzięki znakom zewnętrznym. Dlatego nie bacząc teraz na skalę „obiektów” możemy dodać tu także wróżenie z ruchów ciał niebieskich, czyli astrologię. Nie trzeba zapewne nikogo przekonywać, jak wspaniałymi astrologami były ludu zamieszkujące Mezopotamię (by wspomnieć tylko najbardziej pewnie znanych Chaldejczyków) i jak ich obserwacje przyczyniły się do rozwoju wiedzy. Wiemy też, że właśnie stąd oraz ze starożytnej protohinduskiej cywilizacji Doliny Indusu, pochodzi zarówno do dziś znany nam Zodiak, jak i metody „wróżenia” z gwiazd.

Tabliczki z okresu cywilizacji Indusu. Źródła fot. nie ustalono; zapewne strona internetowa poświęcona tej kulturze

Zasadniczą różnicą między wymienionymi sposobami odczytywania znaków a technikami transowymi jest tu właśnie owa „zewnętrzność” znaków (podczas gdy wieszcz wpadający w trans „czyta” w swoim własnym wnętrzu). Oczywiście wprowadzenie tego rozróżnienia to tylko zabieg porządkujący; w praktyce nie zawsze można wytyczyć między nimi ostre granice.

Pierwsze historyczne, zrekonstruowane przez badaczy techniki wróżbiarskie, znamy z Sumeru, z ok. III tys. p.n.e. To Sumerowie, tajemniczy lud przybyły nie wiadomo z jakiej krainy na równiny między Eufratem i Tygrysem, a nie Rzymianie, jak pewnie przyzwyczailiśmy się mniemać, pierwsi zaczęli stosować metodę wróżenia z lotu ptaków. Oni też, a potem dopiero rzymscy augurowie, wróżyli z wnętrzności ofiarnych zwierząt, którymi były najczęściej owce czy kozy. Co ciekawe, klasa ludzi zajmujących się działaniami sakralnymi, czyli kapłani, dzieliła się wewnętrznie na specjalistyczne grupy, i właśnie jedną z takich grup stanowili kapłani dokonujący zabiegów wróżbiarskich. Na przykład asyryjski wróżbita wróżący ze zwierzęcych wnętrzności nazywał się baru. Rozpoczynając ceremoniał wróżenia, baru zwracał się do bogów z prośbą, by nic nie zakłóciło przebiegu rytuały, a na koniec prosił, by nie zmieniając wyniku wróżby, odwrócili zły los. Czyli, jak się wydaje, nie traktowano wyniku wróżby jako ostatecznego i nieodwracalnego – bogowie mogli zmienić wywróżony bieg wypadków. Rytuałowi towarzyszyły modły, palące się kadzidła wywoływały podniosły nastrój. Każda ceremonia wróżenia, o czym należy pamiętać, wpisana była w określony system wierzeń i nosiła znamiona rytuału religijnego. W Mezopotamii wróżono ze zwierzęcych jelit – ich układ miał wskazywać poszukiwaną odpowiedź. Znaleziono asyryjską tabliczkę wróżebną, która przedstawiała spiralne zwoje przypominające jelita, ułożone w kształt twarzy demona Humbaby, tegoż samego, którego w starszych od asyryjskich mitach sumeryjskich pokonał słynny heros Gilgamesz. Ale do wróżb używano też wątroby ofiarnego zwierzęcia, zachowały się nawet gliniane lub metalowe modele, zarówno asyryjskie, jak etruskie, greckie i rzymskie. Tradycje te zatem są niezwykle archaiczne i dziedziczone, jak widać, z pokolenie na pokolenie w obrębie ludów śródziemnomorskich przez tysiące lat! Możemy oczywiście zapytać, dlaczego wybrano taki właśnie sposób dowiadywania się o przyszłość osób czy spraw? Pamiętajmy, że zwierzę, które miało posłużyć do tego celu, było darowane bogu i jako takie było „święte”, dlatego tez zwierzętami „wróżebnymi” były te, które miały już sankcje sakralne – mityczne, rytualne, symboliczne. Czynność wróżenia nie była zatem tylko mechanicznie wykonywanym przez baru aktem, lecz włączonym w szeroki kontekst sposobem porozumiewania się ze sferą wyższą – boską. To bogowie „mówili” za pośrednictwem zwierzęcia, a kapłan przekładał na ludzki język ten zaszyfrowany boski przekaz. W istocie to sposób widzenia uniwersum, sposób pojmowania praw nim rządzących sprawiał, że dla ówczesnych ludzi wróżby nie były czymś irracjonalnym, jak dla ludzi XX wieku. Ciekawym przyczynkiem do wyjaśnienia tego problemu jest opowieść dotycząca Sybilli. A trzeba tu podkreślić, że nie jest tak, jak sądzi się powszechnie, że Sybilla to imię własne, które nosiła jedna jedyna wielka wieszczka – to raczej miano określające wiele wieszczek dziedziczących arkana sztuki wieszczej; innymi słowy „sybilla” to tytuł, nie imię – tak jak grecka Pytia. Otóż wierzono, że pierwsza Sybilla po swej śmierci pochowana w łonie Matki Ziemi pojawiła się niejako na powrót na ziemi, obecna… w roślinach. Z kolei rośliny jako pokarm dostawały się do ciała zwierząt, zatem, gdy te ostatnie składa się w ofierze i wróży z ich trzewi, to tak naprawdę odczytuje się znaki zostawione przez Sybillę – wszak to jej „substancja” jest zachowana w całym tym „pasie transmisyjnym”. Sprytne, prawda? To wiara w uniwersalną energię, która obiega żywe istoty mogła stworzyć podstawy dla przekonania, że można się dowiedzieć o wielu rzeczach ukrytych., w dodatku wierzono, że ziemski świat jest odbiciem świata niebiańskiego, co potem znalazło wyraz w słynnej formule hermetycznej: to co w górze tożsame jest z tym co w dole. Mikro i makrokosmos są swoim odbiciem. Dlatego nie dziwmy się, że formy i nazwy gwiazdozbiorów i znaków zodiaku odpowiadają „ziemskim” świętym zwierzętom lub innym postaciom. Do dziś mówimy o znaku Byka czy Barana – nie pamiętając, że były to święte zwierzęta (i że te właśnie były zwierzętami ofiarnymi). Nie dziwmy się również, że wróżebna wątroba ofiarnego zwierzęcia uważana była za swego rodzaju obraz czy też „mapę” niebios! Czy znaki czytał baru, czy wyspecjalizowany astronom to tylko kwestia techniki, nie zaś istoty. Tak naprawdę czytali te same znaki, tyle że zawarte w dwóch światach: w makro i mikro skali.

Babilońska plakietka z ok. 700 r. p.n.e. Wynik wróżby z jelit zwierząt został zapisany na odwrocie. Przypuszcza się, że układ jelit przedstawia twarz mitycznego potwora Humbaby. Za: M. Roaf, Mezopotamia, s. 76

Zwierzętami mającymi wielkie mitologiczne znaczenie były również węże, zatem nic dziwnego, że i tych stworzeń używano do wróżb i to w sposób dość oryginalny: do kadzi z wodą wrzucano kilka węży i uważnie wpatrywano się w ich ruchy – po tym rozpoznawano znaki. Naczynie z wodą było używane także do pewnej techniki wróżbiarskiej, bardzo żywo przypominającej nasze zwyczaje andrzejkowe, tyle że zamiast lać na powierzchnię wody wosk, Sumerowie lali oliwę. Jeśli o węże idzie, to dodajmy, że w wielu kulturach uważano je za stworzenia mądre, znające sekrety życia, pozostające bowiem w ustawicznym kontakcie z Ziemią; nic przeto dziwnego, iż uważano je za istoty znające przyszłość. Węże należały do atrybutów bogów, herosów, itp., które w szczególny sposób łączono ze sztuką wieszczenia. Taką postacią na pół mityczną jest oczywiście znana wszystkim Kasandra, córka Priama, króla Troi – którą achajscy zdobywcy obrócili w perzynę. Z pewnej wersji przekazów wynika, że Kasandrę porwał i wywiózł do Myken słynny król Agamemnon (który zresztą zabił własną córkę w ofierze) jako brankę – jak elegancko głosi przekład Iliady – a po prawdzie zapewne seksualną niewolnicę. Doprawdy achajscy wojowie nie wydają się dużo lepsi od współczesnych wojowników tzw. Państwa Islamskiego (gwałty na kobietach, porwania, tortury, palenia miast to stałe wyczyny bandytów, których tradycja uznała za „bohaterów”…).

Mało jednak kto wie, że wedle opowieści, to sam bóg Apollo stoi za wybitnymi zdolnościami Kasandry – urzeczony bowiem jej urodą postanowił obdarzyć ją cennym darem wieszczenia. I pewnego dnia śliczna dziewczyna obudziła się pośród węży, które liżąc jej uszy, w ten cokolwiek dla nas dziwny sposób, przekazały jej część swojej wiedzy. Oczywiście węże są… głuche, a jednak przekazywały Kasandrze swe zdolności w sposób wskazujący na rodzaj jasnosłyszenia. Zdaje się, że fakt upośledzenia jakiegoś zmysłu wywoływał u naszych przodków przeświadczenie, że na miejscu uszkodzonego zmysłu musi być coś w zamian, że bogowie dają jakiś rodzaj „rekompensaty”: wiemy przecież, że uważano, iż kto utracił zmysł wzroku, ten (gdy tylko bogowie mu sprzyjali) miał wszelkie szanse na to, by zyskać „wzrok” wewnętrzny. Czy pamiętamy ślepego wieszczka Terezjasza? Jeśli zaś węże są głuche, to pewnie mają w zamian „słuch wewnętrzny”. A co do Kasandry, to dodajmy, że nieopatrznie dziewczyna odrzuciła zaloty Apolla, ten zaś rozgniewany sprawił, iż nikt nie chciał uwierzyć w jej proroctwa, co jak wiemy źle się dla Troi skończyło.

Augurowie rzymscy przygotowują zwierzę do wróżby. Za: R. Temple, Rozmowy z wiecznością, s. 115.

Innym rodzajem wieszczenia, znanym już w czasach sumeryjskich, było szukanie znaków dotyczących przyszłości człowieka przy pomocy obserwacji wyglądu świeżo narodzonego dziecka, chociaż nie wiadomo dokładnie przebiegał ów zabieg magiczny. Może łączyło się to z przepowiadaniem losu? A Grecy – którzy, o czym się mało pamięta, wiele Sumerom i innym ludom Mezopotamii zawdzięczają – poszukiwali analogii pomiędzy widniejącymi na ciele danego człowieka znamionami a układem ciał niebieskich: z ich wzajemnej korelacji wyciągano wniosek, co do charakteru i przyszłości osoby poddanej temu badaniu. Tu znowu widzimy to niezwykle mocne przeświadczenie o odpowiedniości mikro i makro świata.

Znano także skomplikowane techniki wieszczenia, wykorzystujące… gry planszowe z pionkami. Starożytne szachownice albo warcabnice znaleziono w pałacach władców i w grobowcach, zarówno w Egipcie, jak w Sumerze, a także na Krecie. Niektórzy badacze sądzą, że służyły one wyłącznie rozrywce, inni są zdania, że gry miały pierwotnie sakralne znaczenie, podobnie jak gra w kości, która jak się zdaje została wynaleziona w starożytnych Indiach.

Wygląda także na to, że w jakiś już niezbyt dla nas czytelny sposób, przynajmniej niektóre rodzaje gier były szczególnie związane z osobą królewską. A kim był król we wczesnych wspólnotach rolniczych? Nie był, jak później wyłącznie decydentem, w ręku którego skupiła się władza rządzenia – król był postacią „świętą”, uosabiał władzę nie tylko nad poddanymi, ale nad ładem świata, jako ten, który panował nad siłami natury; jego osoba gwarantowała deszcz, urodzaj, udane zbiory. Pamiętajmy zatem, że funkcja króla na starożytnym Bliskim Wschodzie miała naturę sakralną i zważywszy na ten wymiar, lepiej oddać ją pojęciem króla-kapłana. To erozja tego pierwotnego związku króla ze sferą świętą i boską doprowadziła do wykształcenia się roli króla jako po prostu i tylko – przywódcy, ale sporo lat jeszcze rytualna i mitologiczna symbolika królewska przeświecała w baśniach, legendach czy ludowej obrzędowości.

Gliniane kości podobne do używanych dziś. Harappa. Za: J.M. Kenoyer, Ancient Cities of Indus Valley Civilization, s. 121

Łatwo sobie wyobrazić, w jaki sposób planszowe figury, z których najwyższym znaczeniem obdarzono właśnie figurę symbolizująca króla, zaczęły być używane wyłącznie do gier towarzyskich (jak nasze szachy). Proces ten następował wraz z utratą wiary w moc sakralną królewskiej osoby. Ktoś w końcu wpadł na pomysł, żeby przestrzenne pionki odwzorować na płaskim podłożu – i tak oto powstały… karty. Ale nawet w talii kart zachowała się i wciąż trwa wysoka pozycja króla i królowej (dama).

Sumerowie, jak wiele innych starych ludów, wielką wagę przykładali do snów – z sennych obrazów starano się wyinterpretować sens, a aby wzmocnić moc wizji podobnych do snu, sięgano do narkotyków. I w tym miejscu musimy podkreślić, że tam, gdzie posiłkowano się różnymi wróżebnymi przedmiotami, tam istniała wyspecjalizowana funkcja kapłana – specjalisty, tam zaś, gdzie wiedzę ukrytą przed innymi czerpano z wizji, tam najważniejszą figurą stał się natchniony wieszcz; i jak kapłan związany był ze świątynią, tak wieszcz z wyrocznią. To wyroczniom właśnie przyjrzymy się teraz bliżej. A uczynimy to, biorąc pod uwagę takie zjawiska jak – z jednej strony – trans i używanie narkotyków, z drugiej – sprawnie działający system informacji. Narkotyków w celu wieszczenia używano już w Sumerze, ale przecież były one w użyciu także w krajach śródziemnomorskich. Wydaje się, że tylko Egipcjanie stronili od praktyk, w których sięgano po narkotyk albo w inny sposób wywoływano stany ekstatyczne i transowe. Nigdy już nie będziemy wiedzieć na pewno, czy na starożytnej Krecie, zanim przybyli tu Grecy (Achajowie, ok. połowa II tys. p.n.e.) używano narkotyków w celu wieszczenia, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że tak istotnie było, jeśli patrzy się na starokreteńskie figurki bogiń lub kapłanek, które noszą korony z makówek albo trzymają ich pęk w dłoniach. Pewien badacz na jednej z kreteńskich gemm doszukał się nawet fachowych cięć na makówce, takich jakie robi się, by uzyskać mleczko makowe. Z czasów mykeńskich, (a jak wiemy greccy Achajowie, którzy wznieśli podziwiane dziś grody w Mykenach, Tirynsie, Pylos i opanowali Kretę, wiele przejęli ze starszej kultury kreteńskiej) pochodzą maleńkie naczynia w kształcie makówek, które niewątpliwie służyły do przechowywania mleczka makowego. Podobne naczynia znajdowano na wyspach morza Egejskiego, np. na Cyprze.

Naczyńko w kształcie makówki (niestety, nieostre zdjęcie własne). Muzeum Ateńskie

Wiele wskazuje też na to, że słynne greckie wyrocznie swymi korzeniami sięgają do obyczajów starszych niż greccy mieszkańców lądu i wysp greckich – niektóre z nich mają zapewne genezę związaną właśnie z Kretą. Grecy, acz niechętni narkotykom, używali halucynogenów w ośrodkach wróżbiarskich i wyroczniach, stosowano np. opium oraz lulka czarnego. Nacierano też specjalnymi balsamami całe ciało (jak to jeszcze w średniowieczu miały czynić „czarownice”); najpewniej służyła do tego maść z werbeny. W wyroczniach używano specjalnych mis zwanych phiale, które zawierały wodę zapewne z dodatkiem jakichś oszałamiających substancji, zaś wieszczka wpatrując się w powierzchnię, wywoływała u siebie efekt podobny do tego, jaki wywołuje wpatrywanie się w kryształową kulę. Nie zostało rozstrzygnięte, czy opary rzekomo spowijające wieszczącą w słynnych Delfach Pytię miały jakieś narkotyczne właściwości. Znamienne, że silnie działający środek, jakim jest lulek czarny zwano apollinaros, co Pliniusz wywodzi wprost od imienia boga Apolla! Ale pamiętajmy, że Apollo objął Delfy w posiadanie dopiero ok. 800 r. p.n.e.; dziś już nie ulega wątpliwości, iż wcześniej było to miejsce święte Wielkiej Bogini. I to może z jej kultem związane było używanie roślin narkotycznych. Pamiętajmy jednak także o tym, że jeśli chcemy zrozumieć motywacje ówczesnych ludzi, to trzeba nam wiedzieć, iż rośliny mające właściwości narkotyczne były traktowano z czcią, jako dar Wielkiej Bogini czy jakbyśmy dziś powiedzieli – Natury, i obchodzono się z nimi z ostrożnością, używając tylko i wyłącznie w celach sakralnych, w czasie specjalnych ceremonii, wtedy gdy chciano zakreślić wyraźna granicę oddzielającą od zwykłego Czasu i sfery profanum. Jednym słowem, narkotyki były czymś odświętnym i wpisywanym w sferę boską. Eksperymenty z roślinami o silnym działaniu przyniosły jednakże skutki całkiem świeckiej natury, mianowicie przyczyniały się do rozwoju medycyny, opartej na obserwacji działania rozmaitych roślin – nic przeto dziwnego, że synem patrona wyroczni w Delfach Apollona był bóg-lekarz Asklepios, któremu poświęcono ośrodek kultu i leczenia w Epidauros.

Muzeum w Iraklionie, Kreta. Postać pośrodku ma na głowie wieniec z makówek (mało widoczny). Fot. własna

Ale czy rzeczywiście wprowadzanie się w trans (w tym narkotyczny) jest tak wczesnym zwyczajem wieszczym? Nie brak głosów, że wieszczenie w ekstazie jest sprawą czasów późniejszych, że w Delfach w okresie przedgreckim udzielano odpowiedzi przybywającym tu pielgrzymom za pomocą losowania, posługując się małymi kamykami znajdującymi się w misie stojącej na trójnogu, który z kolei stał zapewne na omfalosie, kamieniu wyznaczającym centrum świata. Najlepiej zaś leczyć się w samym środku skoncentrowanych mocy świata, w centrum – kto wie, czy nazywanie dziś pewnych wyznaczonych szpitali „centrami” nie jest przejawem bezwiednej pamięci o esencji sił leczniczych istniejących w samym środku uniwersum…

W greckich wyroczniach stosowano rozmaite techniki wróżebne. I tak w Argos na Peloponezie znajdowała się wyrocznia, gdzie kapłanka swą siłę wieszczą zdobywała dzięki piciu krwi ofiarnych jagniąt. W Tebach z kolei stosowano „klasyczną” metodę wróżenia z wnętrzności. Były również wyrocznie wróżące z brzęczenia pszczół, a trzeba nam wiedzieć, że pszczoły także były stworzeniami świętymi, związanymi z Wielka Boginią i krainą podziemną.

Wielu badaczy na podstawie zabytków plastyki i tekstów uważa, że to nie tylko przy pomocy „boskiego natchnienia” Pytia dawała oczekującym odpowiedź; działał bowiem system, może mniej tajemniczy od wieszczego transu, ale dla badacza równie interesujący – mianowicie system zdobywania informacji. Jednym z „narzędzi” służącym temu celowi były… gołębie. Gołąb to oczywiście święty ptak Wielkiej Bogini, o czym dobrze wiadomo. Na malowidle z V w. p.n.e. widzimy kapłankę z Delf, siedzącą na trójnogu, trzymającą w dłoniach pochodnię, kłosy zboża (prastary symbol Bogini) oraz… makówki. Z tyłu, za głową dobrze widoczny jest gołąb.

Persefona. Beocja V w. p.n.e. Za: A. Baring J. Cashford, The Myth of the Goddess, s. 368

Z kolei kapłanki przekazujące przepowiednie w Dodonie, także sławnej wyroczni greckiej, nazywano „skalnymi gołębicami”. Tak, to wielki symbol, ale… gołębie spełniały w realnym życiu całkiem zwyczajną rolę – jak nasze gołębie pocztowe przenosiły wiadomości i – jak już się rzekło – to właśnie był jeden z kanałów informacyjnych służących wyroczniom, a wiadomo z przekazów, że przy wyroczniach trzymano całe stada gołębi. Skoro wspomnieliśmy dodońską wyrocznię, zacytujemy krótki tekst Herodota: „Dwie czarne gołąbki wyleciały z egipskich Teb i jedna z nich przyleciała do Libii, a druga do nich [do Dodony – przyp. Autorki]. Ta usiadła na dębie i przemówiła ludzkim głosem, że tu musi powstać wyrocznia Zeusa (…). O drugiej gołąbce, która odleciała do Libii opowiadają, że rozkazała ona Libijczykom założyć wyrocznię Amona.” (cyt. za P. James i N. Thorpe Dawne wynalazki, s. 420). Jak widzimy, zdawano sobie sprawę z tego, że wyrocznie jakoś łączą się z gołębiami, ale nie wiedziano dokładnie jak. Opowiadano, że kapłani i kapłanki w Dodonie otrzymywali wiadomości od samego Zeusa słuchając gruchania gołębi – pewnie sami kapłani rozpuszczali takie opowiastki, gdyż bez wątpienia kryli sposób, w jaki otrzymywali informacje, w końcu od ich wiarygodności zależał ich prestiż. A wiemy na pewno, że gołębie pocztowe wykorzystywano w starożytności – np. w celach wojskowych.

M. in. bogini Atena (w hełmie). Za trójnogiem najprawdopodobniej Pytia z wężem w dłoni. Grecja, ok. IV w. p.n.e. Internet, strona Greece News

Padło tu imię Amona. Ten egipski bóg przez Greków utożsamiany był z Zeusem. Najsłynniejsza jego wyrocznia znajdowała się w oazie Siwa ma Pustyni Libijskiej (zgodnie z przekazem Herodota). To tu udał się, brnąc przez piaskową burzę, mocno zdeterminowany Aleksander Wielki. Otrzymana wyrocznia utwierdziła go w planach, które przedsięwziął, pragnąc zostać panem świata; po tej wizycie uznał się zresztą za syna Amona/ Zeusa. Początek „kariery” Aleksandra związany jest więc z wyrocznią, a i jego śmierć podobno przewidziano, a mieli to uczynić babilońscy wróżbici na podstawie wróżenia z wnętrzności zwierząt ofiarnych.

Apollo z wężem, muzeum weneckie. Fot. własna

W Grecji oczywiście funkcjonowały inne wyrocznie oprócz wymienionych w Delfach i Dodonie. Pauzaniasz w roku 150 n.e. opisywał wyrocznię Trofoniosa, bardzo starą i kto wie, czy nie mającą związku z przedhelleńską ludnością lądu greckiego. Trofonios to cokolwiek tajemnicza postać, uważany był nawet według niektórych przekazów za budowniczego świątyni w Delfach! Po dość dziwnej śmierci uznany został za półboga, bóstwo jaskiń. Relacja Pauzaniasza jednoznacznie pokazuje, że mamy tu do czynienia z odmiennym typem wyroczni niż ta w Delfach.

Sam grecki historyk przyznaje, że opuścił wyrocznię w stanie kompletnego przerażenia, nie bardzo zdając sobie sprawę z tego, gdzie się w ogóle znajduje. Wyrocznia znajdowała się w Lewadii. Wzniesiono ją na wzgórzu; nie tak dawno znaleziono resztki okrągłej budowli, z której – jak podają źródła – miała prowadzić droga do jaskini. Chcąc udać się do wyroczni, należało obmyć się w niżej położonych strumieniach, które zwano – zgodnie z mitem – źródłem Zapomnienia i źródłem Pamięci.

Te specjalne wyrocznie, które są jakby przestrzenną ilustracją mitu dotyczącego Krainy Podziemi, miały wejścia w jaskiniach albo innych formacjach skalnych – rozpadlinach, szczelinach. Jak wierzono, właśnie takie miejsca łączyły się bezpośrednio z królestwem podziemnym, które jak wiemy Grecy określali mianem Tartar czy Hades. W starożytnej Grecji znano niejedno miejsce, które brano za rzeczywiste wejście do Hadesu. Jedno z nich znajdować się miało na najdalej ku południowi wysuniętym cyplu półwyspu Mani, na przylądku Tenaron na Peloponezie, gdzie dziś, niedaleko jaskini z rzekomym wejściem do podziemi, stoją pozostałości po świątyni Posejdona. Inne – na terenie Epiru koło miasta Parga, zwano Nekromantejon. Już sama nazwa mówi za siebie – Nekromantejon to „wyrocznia zmarłych”. Tu, na wzgórzu, w wąwozie rzeki o dziwnie podobnej do mitologicznej nazwie Acheronda, znajdować się miało sanktuarium boga podziemi Hadesa i Persefony, córki bogini Demeter, którą Hades porwał i poślubił. Jest wielce prawdopodobne, że właśnie to miejsce Homer wybrał, gdy opisywał zejście Odyseusza do Hadesu.

Sądzi się, że niegdyś świątynię oblewały wody jeziora, w dole huczała rzeka, wokół wznosiły się skaliste turnie – niewątpliwie taka sceneria musiała wywierać nie lada wrażenie na pielgrzymach. Tych, którzy chcieli zasięgnąć rady wyroczni, po ablucji w nurtach rzeki, kierowano do pomieszczeń bez okien, gdzie zapewne spędzali kilka dni. Wielu badaczy uważa, że używano tu halucynogenów, co zapewne jest typowe dla tego rodzaju wyroczni. Potem przybyszy mających za sobą parędziesiąt godzin bez światła i będących pod wpływem narkotyków, niewątpliwie dość mocno już zasugerowanych pełną grozy atmosferą, prowadzono ku „podziemnemu światu”, czyli do istnego labiryntu skalnego, gdzie docierali spuszczani na dno skalnych rozpadlin za pomocą specjalnie skonstruowanego kołowrotu.

Dodona, Grecja. Teatr i wróżebny dąb – raczej nie ten sam, który stał w czasach archaicznych… Fot. własne

Właśnie w takich w miejscach, stanowiących jakby swoistą przerwę między strefami uniwersum, możliwa była transmisja wiadomości z tamtego świata. Wierzono, że skoro istnieje gdzieś wejście do świata podziemnego, to możliwe jest dostanie się do miejsca, gdzie przebywają zmarli, z którymi można uzyskać kontakt i uzyskać pożądane wiadomości. W tekstach, które zostawili po sobie wielcy pisarze starożytności wspomina się o ludziach, którym po wielu trudach udało się dostać do zakazanej strefy, jak wspomnianemu już Odyseuszowi, który miał sposobność rozmawiać z samym wieszczkiem Terezjaszem albo Eneaszowie (znanemu nam z epopei Wergiliusza). Opis zostawiony przez poetów odpowiada wyglądowi realnie istniejących miejsc – miejsc, w których funkcjonowały wyrocznie. Topografia wyroczni zmarłych przypominała z kolei topografię mitycznej krainy zaświatów. Takie wyrocznie zmarłych, oprócz wspomnianych już, archeolodzy znaleźli na terenach greckich kolonii: w Didymie koło Miletu, w Azji Mniejszej: we Frygii i Lidii, a ściślej w Hierapolis i Kolofonie.

Najstaranniej jednak zbadaną wyrocznią tego typu jest wyrocznia związana z imieniem Sybilli, leżąca na ziemi z italskiej – w Baie (por. Robert Temple Rozmowy z wiecznością).

Korytarze podziemne pod Cumale, gdzie znajdowała się wyrocznia Sybilli, niedaleko Baie. Za: M. Baigent, Archiwum Jezusa, wkładka barwna

Wejście do wyroczni znajdowało się w „strategicznym” miejscu – w pobliżu krateru wulkanu. Kierując się danymi ze znalezisk archeologicznych i tekstami autorów starożytnych, odtworzono ceremonię, która stawała się udziałem przybywających do wyroczni. Jak się zakłada na początek kapłani musieli rozpoznać, czy nowo przybyły godzien jest dostąpienia sekretu. Nie bez znaczenia były też dary, które odwiedzający wyrocznię zobowiązany był ofiarować. Eneasz, jak pisze Wergiliusz, gdy wkraczał do krainy zmarłych musiał dać Sybilli siedem wołów i tyle samo jałówek. Po wstępnych ustaleniach, przybyły kierowany był do specjalnej komnaty, gdzie podawano mu środki halucynogenne. W Baie odkryto ciekawe malowidła skalne znajdujące się w tzw. „pierwszym przedsionku”; obrazy musiały wywoływać nie lada wrażenie, szczególnie, gdy ktoś znajdował się pod działaniem narkotyków – przed oczami ukazywały się sceny przedstawiające Chorobę, Strach, Wojnę, Starość. W pobliżu znajdowała się skalna komnata, gdzie odwiedzający spędzał trzy dni. Potem kapłan badał wnętrzności ofiarnych zwierząt, sprawdzając czy nastał już odpowiedni czas na spotkanie ze zmarłymi. Gdy uznał, że tak jest istotnie, prowadzono delikwenta do łaźni, skąd wychodził odziany w białą szatę, z gałązką jemioły w jednej ręce i z mieczem w drugiej. Teraz obowiązany był iść za kapłanką-Sybillą ubraną w szkarłatne szaty. Szli krętymi korytarzami.. Dym z lampek oliwnych, zapach palonych ziół, pogłos i echo idące z głębi jaskini – czy to jeszcze dziś nie działa na wyobraźnię? A o ileż większym przeżyciem musiało być rzeczywiście znajdować się tam, czuć zapach mokrych ścian, ledwo rozpoznawać ogniki migocące w przepastnych korytarzach, słuchać śpiewu kapłanów, którzy przyłączali się po drodze, prowadząc za sobą przeznaczone na ofiarę zwierzę zamykające orszak…

„Rozwidlenie dróg”, o którym czytamy w mitach, tu miało swój realny odpowiednik, znaleziono bowiem miejsce, z którego odchodzą idące w trzech kierunkach korytarze – czyż nie przypomina się straszna bogini Hekate, Pani Trzech Dróg? Jedna z rozwidlających się dróg miała prowadzić w kierunku Elizjum, miejsca wiecznej szczęśliwości.

Kiedy orszak z przybyszem dochodził do ukrytych w skale drzwi, Sybilla zawiadamiała go, że oto znaleźli się u wejścia do Tartaru. Z drugiej strony drzwi wznosić się miał Dom Persefony. Płynące podziemne strumienie nazywano Styksem, Acherontem, Leto – jak w micie. Niewykluczone, że oczom przybyłego ukazywano kogoś, kto brany był za przewodnika dusz – Charona. Wreszcie w kulminacyjnym punkcie wędrówki po „zaświatach” otwierano wrota i wprowadzano przybyłego do wewnętrznego sanktuarium, rzekomego Domu Persefony. Tu odbierano gałązkę jemioły, która była darem dla niej. Tu też składano ofiarę z przyprowadzonego zwierzęcia. Wtedy pojawić się miał Zmarły… Ale jak to przeprowadzano, nie wiemy. Czy oszołomiony środkami narkotycznymi i klimatem grozy przybysz, wpatrując się w falujące lustro wody w magicznej misie phiale, „widział” odbicie zmarłego? Czy kapłani inscenizowali jakieś małe przedstawienie?

Orfeusz wyprowadza Eurydykę z królestwa Hadesa i Persefony. Obraz P.P. Rubensa. Z Wikipedii

Po wszystkim kapłani sadzali delikwenta na tzw. krześle prawdy (jak w wyroczni Trofoniosa) i pytali, czy przybyły uwierzył w to, co zobaczył. Jeśli przejrzał grę… kto wie? Mogło grozić mu spore niebezpieczeństwo, wszak skoro nie uwierzył, mógł zdradzić sekret kapłanów. Pamiętamy mit o Eurydyce, która musiała wrócić do krainy zmarłych, gdy Orfeusz nieopatrznie obejrzał się na nią, idącą z tyłu…